Ostatnie zbiory na mojej stronie Salwator Zwierzyniec

Już złożyłam podanie o dotację u radnych, czekam na odpowiedź.

Dworek pod Lipkamikaplica św. Małgorzatybłonia hermanowicza

słynny Edek Partyzant1

O Edku Partyzancie:

Słów kilka o Edku Partyzancie, co tramwajami kierował na pętli:
Po wojnie palmę pierwszeństwa wśród zwierzynieckich dziwaków dzierżył niepodzielnie Edek Partyzant. Choć działał w całym mieście, to jednak

najlepiej czuł się w zwierzynieckim mateczniku. Oficerki Edka dziarsko błyszczały nad zwierzynieckim brukiem w latach pięćdziesiątych. Opowiadano

o nim wówczas, że jest kontuzjowanym żołnierzem. Skutkiem tej kontuzji miał otrzymać rentę. Pozwalało mu to wyzwolić się z mozołu walki o kawałek

chleba i poświęcić cały wolny czas na spacery w rozmaitych mundurach. Nikt nie potrafił wyjaśnić, jakie to przyczyny decydowały, że czasami Edek

był marynarzem, czasami harcerzem, a nawet tramwajarzem. Mundur zmieniał jego osobowość. On nie udawał tramwajarza, on nim był. Wychylony z

przedniego pomostu bacznie obserwował szyny, ostrzegał pasażerów strasznymi skutkami wysiadania z wagonu zanim ten zatrzyma się ostatecznie i

przed wsiadaniem po dzwonku sygnalizującym odjazd. Choć nie był Edek wielkim mówcą, a nawet można powiedzieć, iż bełkotał swoje ostrzeżenia, to

jednak nikt się z niego nie śmiał. Ten człowiek wzbudzał szacunek. Nawet zwierzynieckie agary, dla których nie było żadnych autorytetów,

szanowały Edka. Ten szacunek przetrwał czasy Edkowej świetności. Nikt bowiem nie wiedział, że zwierzyniecki dziwak przez lata zmagał się z jakąś

chorobą. Choroba zwyciężyła i biedny Edek, ubrany już w cywilne łachy, wlókł się z trudem o lasce przez Zwierzyniec, aby dotrzeć do tego kawałka

muru przy Siennej, muru, o który można się było wygodnie oprzeć i długo stać z plikiem „Echa” na ręku. W tamtej epoce powszechnego braku nawet

gazet było za mało. Edek kupował u zaprzyjaźnionych kioskarzy większą ilość codziennej, poczytnej gazety za pięćdziesiąt groszy od sztuki.

Później sprzedawał. Jednak już za złotówkę. Zdarzyło się raz, że jakiś nadgorliwy ormowiec usiłował ukrócić spekulację. Na jego nieszczęście

próbował to zrobić w obecności paru zwierzynieckich zuchów, którzy solidarnie i solidnie stanęli w obronie biednego Edka.” (Piotr Boroń)

Dziwacy – Andrzej Kozioł :

„Mieczysław Smolarski w Mieście starych dzwonów wspomina jedną z charakterystycznych postaci, której przybycie na Planty zwiastowało poruszenie wśród młodocianych bywalców tego krakowskiego parku: Niekiedy z jednej z bocznych ulic dochodził niespodziewany wrzask i gwar. Był to znak, że pojawiła się obłąkana starucha „Kaśka zwierzyniecka” i wygrażała kosturem goniącym ją pauprom.
Czy rzeczywiście pochodziła ze Zwierzyńca i czy na chrzcie świętym nadano jej takie właśnie imię – nie wiemy. Wiadomo jednak, że Kraków zawsze obfitował w dziwaków i to wszelakiego rodzaju. Obfitował w nich także Zwierzyniec – cudowna dzielnica mojego dzieciństwa położona pomiędzy Wisłą a Czarną Wsią, od pasma Sikornika i Wzgórza Św. Bronisławy zbiegająca ku alejom Trzech Wieszczów, za którymi rozciągało się Miasto.
O barwnych ptakach Zwierzyńca – postaciach, które tworzyły jego koloryt, sporo już pisałem. Jednak ponieważ o wszystkim, co kolorowe, można opowiadać w nieskończoność, i my cofnijmy się do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.
Miejsce, w którym zbiegają się cztery ulice: Kościuszki, księcia Józefa, Królowej Jadwigi i św. Bronisławy, było wówczas spokojne. Wprawdzie od dawna przez most na Rudawie jeździł tramwaj, aby niepodal norbertańskiego klasztoru z jękiem kół zataczać koło, ale wszystko wyglądało inaczej niż dzisiaj. Most był tak wąziutki, że kiedy mijały się na nim dwa tramwaje, dla samochodu brakowało już miejsca. I co z tego? Przecież samochody stanowiły ogromną rzadkość. Co innego konne wozy – mnóstwo ich turkotało na wyboistych ulicach, podążając o świcie w stronę placu Na Stawach.

Tuż obok muru obejmującego uchodzącą do Wisły Rudawę stała brama, zburzona później, podobnie jak most i kto wie, czy nie wraz z mostem. Umieszczona na niej żelazna tabliczka głosiła, że oto dojechaliśmy do granicy strefy dorożkarskiej. Tajemnicza „strefa dorożkarska” pobudzała wyobraźnię. Wydawało mi się, że to miejsce powinno pachnieć sianem i uprzężą, lśnić czarnym lakierem pojazdów, rozbrzmiewać końskim, pełnym ukontentowania parskaniem, roić się od fiakierskich meloników. W rzeczywistości tabliczka informowała pasażerów, że oto skończyło się miasto – i dalsza jazda będzie ich więcej kosztowała.
Kiedyś w całym – jeszcze galicyjskim, austriackim – Krakowie za pierwszy kwadrans przejażdżki płaciło się w dzień 60, a w nocy 90 halerzy, za następny kwadrans – 50 i 80. Jednocześnie miejskie przepisy stanowiły, że jedynie za jazdy bezpowrotne (znów poezja – jazdy bezpowrotne!) do następujących dzielnic należy się dorożkarzowi wyższa taksa, a mianowicie: do Łobzowa, Zwierzyńca, Dąbia… Znikła brama i żeliwna tabliczka, podobnie jak malutki, murowany domeczek doczepiony do klasztornego muru – kiosk, w którym można było kupić prawdziwe cuda.
Drożdżówki i batony, pod cienką warstwą czekolady kryjące gęstą słodycz nadzienia. Dropsy. Krachlę, po otwarciu pięknie eksplodującą syntetyczną, fabryczną wonią pomarańczy. Brązowe trójkąty piszingera. Jesienią – tryskające sokiem gruszki. Przez cały rok u pana Polaka można było kupić spod lady pocieszycielkę strapionych, rozgrzewającą zziębniętych – monopolową siwuchę, jeszcze korkowaną, jeszcze zapieczętowaną brunatnym lakiem, na którym orzeł – w toku napisu „Państwowy Monopol Spirytusowy” – dawał gwarancję, że, aczkolwiek w sposób niezgodny z prawem, nabywa się legalny trunek. Tramwajową pętlę porastały osty i łopiany. Brodziła w nich koza – ze zmierzwioną sierścią, zaczepna, jakby wywodziła się z najprawdziwszych zwierzynieckich andrów. Po wielu, wielu latach w sprawie tej kozy dogadaliśmy się z panem Baranem, murarzem i hodowcą gołębi, niegdyś mieszkańcem ulicy Królowej Jadwigi. Okazało się, że koza była repatriantką, przyjechała zza Buga i dopiero na Zwierzyńcu nabrała łobuzerskich manier. Jednak nie ona rządziła na salwatorskiej pętli tramwajowej, lecz Edek Partyzant..(..)

W zasadzie nie należała do dziwaków; była jedną z najbardziej charakterystycznych postaci krakowskiego Zwierzyńca. W czasach, kiedy powszechnie panowały jesionki w jodełkę, przepasane byle paskami, szare „kanadyjki” z podgumowanego brezentu, malutkie bereciki i skórzane pilotki, ona zadawała szyku futrem, starannym makijażem, nienaganną fryzurą. Kiedy szła ulicą Komorowskiego, wzdłuż czworaków, rozsiewających szambową woń, przez plac Na Stawach, pełen koni, wozów, zgiełku, zapachu jabłek, siana i końskiego nawozu, wydawała się przybyszem z innej epoki. Towarzyszyły jej zadbane psy, otaczał szacunek. Zwierzynieccy cwaniacy, łaziory, piwożłopy, bezrobotni kręcący się przy targowisku, czapkowali uniżenia. Była królową kilku ulic, osobą powszechnie znaną i nie wiadomo, czym sobie zasłużyła na tak wielki
szacunek, na estymę, jak ją darzono. Czy zawdzięczała to swemu sposobowi życia, czy też profesji… Któż to wie! Na Zwierzyńcu nie mówiono o niej inaczej jak „wróżka”. Sama nie lubiła tego określenia, mówiła, że jest jasnowidzącą, chiromantką, że zajmuje się grafologią. Wszystkie te specjalności były starannie wypisane na malutkim, białym szyldzie wiszącym na murze kamienicy, w której mieszkała przy ulicy Kościuszki. I nie wiadomo, czy szyldzik został wywieszony nielegalnie, czy też ówczesne władze pozwalały na świadczenie tego rodzaju usług dla ludności…
Nazywała się Gizella Winiarska, a zwano ją – przynajmniej w kręgu znajomych – Gizią. Chlubiła się nie tylko swymi nadprzyrodzonymi zdolnościami, ale także zamiłowaniem do nowoczesności – jeszcze przed wojną prowadziła sportowy samochód, a nawet uczestniczyła w samochodowych
rajdach dla pań. Podobno widziała przyszłość. Ktoś z moich znajomych, znany pisarz i sceptyk, był świadkiem wieszczby, która sprawdziła się szybko i krwawo. Pod koniec 1970 roku Gizia wpadła w trans, który najwyraźniej ją przestraszył. Nie chciała wiele mówić, oświadczyła tylko: „Widziałam Gomułkę w krwawej poświacie”, po czym wyciągnęła pieniądze i kazała skoczyć do sklepu monopolowego. Bo pani Gizia, jasnowidząca i grafologini, jak każdy normalny mieszkaniec Zwierzyńca, od czasu do czasu pijała na frasunek kieliszek czegoś mocniejszego…
Ostatni raz widziałem ją pod koniec 1980 roku. Leżała w czyściutkiej pościeli, z nogą w gipsie, świadoma zbliżającej się śmierci. Ciemne mieszkanie pełne było świętych obrazów i sztucznych kwiatów. W kwiatach buszowały koty. Zmarszczki pani Gizi krył gruby makijaż, ale oczy – czarne, inteligentne – pozostały młode. Nie przewidziała stanu wojennego, a może nie chciała o nim mówić. Powiedziała kilka słów, takich, jakie mówi się dziennikarzowi – że jeżeli będziemy razem, zaufamy Chrystusowi, wszystko skończy się dobrze. Wkrótce umarła.”

About katarzynatnowak

Moje książki: " Moja mama czarownica. Opowieść o Dorocie Terakowskiej" (Wydawnictwo Literackie, 2005); "Kobieta w wynajętych pokojach" (WL 2007); 'Kasika Mowka" (WL 2010). Jestem pisarką i dziennikarką. Motto: "Przelanie na papier tego co w sobie najlepsze i co najgorsze, bo wtedy odkrywamy nagle, co w nas tkwi, a o czym być może nie wiedzieliśmy. Stąd każda powieść jest specyficzną autobiografią pisarza. Jego radości, ale i jego demonów." M.V. Llosa. Zobacz wszystkie wpisy, których autorem jest katarzynatnowak

One response to “Ostatnie zbiory na mojej stronie Salwator Zwierzyniec

  • edwardos1945

    czekalem na opis pewnego etapu zyciorysu edka partyzanta dziekuje teraz moze ktos zna historie pasterzy krow z ze zwierzynca PUDELKO iRUSINA obaj swiadczyli uslugi pasterskie gospodarzom z ul krolowej jadwigi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d bloggers like this: