Tag Archives: Maciej Szumowski

Krakowski dom na opak

Wczoraj ukazała się książka, wywiad – rzeka z moją siostrą, „Kino to szkoła przetrwania”,  (wydana w Serii Z Różą przez Krytykę Polityczną. link) , w której wspomina też nasz dom.

Przypomniałam sobie artykuł, który dawno ( w 1999 roku)  temu napisała o nas Ewa Kozakiewicz:

Krakowski dom na opak
W domowych pieleszach – Pojęcie domu u nas nie ma nic wspólnego ze ścianami, z umeblowaniem, urządzeniem wnętrz, czy gromadzeniem dóbr materialnych, z czym mieliśmy z Maćkiem przez cale życie problemy. Meble liczą średnio tyle lat, ile nasze dzieci, czyli nie są to antyki – śmieje się Dorota Terakowska, krakowska dziennikarka i pisarka, żona Macieja Szumowskiego, filmowca i dziennikarza. – Za to komputery osobiste mamy aż cztery. Każde z nas ma swój. Do tego modem, trzy telefony komórkowe i pager, bo ja czasem blokuję internetem telefony i nikt nie może się dodzwonić. Każdy ma swoje auto. To wszystko potrzebne jest do naszej pracy. Jesteśmy przeciwnikami gromadzenia czegoś tylko dla samego posiadania.Widok z okna mazurskiego domu Przez czysty przypadek i tylko dlatego, że akurat nadarzyła się okazja, kupili na Mazurach niedaleko Ełku stary dom pruski z kamienia. Tam co roku co roku rodzina Szumowskich spędza wspólnie wakacje. Odrywają się od niebywale absorbującego ich świata i zawężają horyzont do pomostu, wybiegającego w taflę jeziora, gęstego lasu i maleńkiej wsi. Dorosłe już dzieci Szumowskich też przyjeżdżają. – W lipcu jest Kaśka, moja córka z pierwszego małżeństwa z Andrzejem Nowakiem, dziennikarka „Przekroju”. W sierpniu zjawia się Małgośka, nasze wspólne dziecko z Maćkiem; reżyserka, asystentka Henryka Kluby, rektora Szkoły Filmowej w Łodzi. Kiedyś przyjeżdżał jeszcze Wojtek, syn Maćka z jego pierwszego małżeństwa (pracuje w TVN). A teraz jedzie z nami już jego syn Kuba i pewnie Maciek będzie uczył wnuka pływać – cieszy się Dorota.Dla każdego wakacje… Na Mazurach każdy robi, co lubi najbardziej. Małgośka jeździ konno, pływa, biega do lasu. Kaśka głównie się opala, do wody włazi, żeby się ochlapać – lubi wiedzieć, że ma pod stopami dno; zasiada razem z mamą na pomoście i łowi ryby na robaka albo na ciasto. Maciej Szumowski zwykle zmierza na pokład swej ukochanej żaglówki. Na łódkę czasem wpycha mu się cała rodzinka, czego Maciek bardzo nie lubi. W ubiegłym roku zrobił „grzybka”: żaglówka przewróciła się dnem do góry, a pasażera nie było widać. Cała rodzina rzuciła się na pomoc. Najmilszy jest mazurski bałagan Wieczorem, kiedy się ściemnia, Szumowscy lubią chodzić po lesie, ale każde w takim tempie, jakie mu odpowiada, i w kierunku, który mu się podoba. Maciej Szumowski chodzi z psem i szybko, Dorota powoli i nie tak daleko, a Małgośka przepada nie wiadomo gdzie i kiedy. Pełny luz. Tylko gotują wszyscy razem: obierają ziemniaki, przygotowują sałatki. Każdemu przecież należy się tyle wakacji, ile może mieć. „Coś ty oszalała, z rodzicami spędzasz wakacje?” – dziwili się koledzy Małgosi Szumowskiej z „filmówki”. „Jak ich poznacie, to zrozumiecie” – odparła wcale nie zawstydzona. Więc przyjechali i zwalili się z namiotami na łące. Po jakimś czasie przyznali jej rację. No rzeczywiście, ta rodzina nie hamuje poczucia niezależności i wolności – orzekli. A to tak trudno osiągnąć.Czasem trzeba udawać anioła… Szumowscy prowadzą cygański tryb życia nie tylko na wakacjach. Każde ma swoje zainteresowania, swój rytm dnia. W ich domu wszystko się kotłuje, jest w ciągłym pędzie: dzieci, zwierzęta, poglądy, goście. Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Wszyscy są wciąż przed czymś albo po. Nowym filmie, artykule, książce. Każde z nich jada też coś innego i o innej porze. Część rodziny to wegetarianie, część lubi mięso. Przy stole siadają wspólnie tylko w święta. – Ale wtedy wszystko jest tak. jak być powinno: stół nakryty białą wykrochmaloną serwetą, czytanie Biblii i odpowiednia ilość tradycyjnych potraw – opowiada Terakowska.Do kościoła też nie chodzą razem, bo w tej rodzinie każdy szuka Boga na własną rękę. „Maciek, to ty się nawróciłeś?” – pyta ten i ów, spotykając Szumowskiego na wieczornej mszy w kościele św.Anny. – Maciek jest wierzący od dawna, zawsze był. Pochodzi z bardzo religijnej rodziny – wyjaśnia Dorota Terakowska. – Jego ojciec był kapitanem w armii Andersa, zawodowym wojskowym w Wyższej Szkole Podchorążych w Komorowie. Jeśli są w naszej rodzinie jakieś awantury, to tylko o to, ponieważ Maciek uważa, że każdy ma chrześcijańskie korzenie. A ja osobiście nie potrafię się zamknąć w jakiejś jednej religii, podobają mi się wszystkie.Wojciech z córką Joasią Syn Maćka z pierwszego małżeństwa, Wojtek, bardzo przeżywal pierwszą komunię swojej córki. Małgośka zatoczyła koło od katolicyzmu do agnostycyzmu, by powrócić do katolicyzmu. A Kaśka jest agnostyczką.

Maciej Szumowski Maciej Szumowski zasłynął w latach 70. jako autor telewizyjnego cyklu „Polska zza siódmej miedzy”, za który otrzymał dwa Złote Ekrany i Nagrodę im. Bolesława Prusa. Drugi raz dostał ją już w podziemiu: za prowadzenie w 1981 r. „Gazety Krakowskiej”, która jak żaden inny oficjalny dziennik wspierała „Solidarność”. W latach 80. działał w opozycji. Do ważniejszych dokonań niewątpliwie zaliczyć trzeba jego rolę jako szefa niezależnych mediów w pierwszych wolnych wyborach w Małopolsce. Obecnie jest niezależnym producentem filmowym, posiadaczem własnej kamery, stołu montażowego i firmy „Shot Szumowski”, realizującej właśnie cykl pt. „Gry i zabawy dzieci i dorosłych” dla II Programu TVP.

Małgorzata Szumowska Od niedawna firma Szumowskiego zyskała nowego wspólnika – reżysera tuż przed debiutem fabularnym. Małgorzata Szumowska, córka Maćka i Doroty Terakowskiej, ukończyła w wielkim stylu łódzką szkołę filmową. Jej dokument pt. „Cisza”, ze zdjęciami Michała Englerta, zdobył aż osiem nagród różnych międzynarodowych festiwali. Drugi jej film, „Siedem lekcji miłości”, otrzymał w tym roku na Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Krakowie dyplom honorowy za reżyserię. Małgorzata Szumowska była jego najmłodszą (26 lat!) laureatką w dziejach. Za sprawą filmu „Sposób na Moravię”, który został zakwalifikowany do towarzyszącego Festiwalowi Cannes ’99 „Przeglądu młodych talentów”, Małgosia znalazła się na Lazurowym Wybrzeżu. Przeszła po słynnym czerwonym chodniku, uczestniczyła w bankietach i całym tym zgiełkliwym filmowym szaleństwie. Sukcesy nie przewróciły jej w głowie. Mówi, że najważniejszą rzeczą w życiu jest miłość i to w rodzinie. Nie jest zbuntowana i nigdy nie była, bo rodzinny dom dawał jej zawsze to, co powinien.
– Jest szczerość w tym domu i poczucie bezpieczeństwa. Mój ojciec ukształtował mnie w sensie intelektualnym. Wyrobił literacki gust, podsuwał wartościowe filmy do oglądania. Dzięki niemu obejrzałam „Zwierciadło” Tarkowskiego – opowiada Małgorzata Szumowska. – A mamie zawdzięczam szaloną wyobraźnię. Kiedy byłam mata, czytała mi książki Tolkiena. Nadal wierzę w istnienie innych światów. Rodzice nigdy niczego nie zakazywali, ale to ryzykowny styl wychowania.

Niełatwo być aniołem, wychowując dzieci…. – To nie było typowe chowanie dzieci – wraca myślą wstecz Dorota Terakowska. – Pamiętam, że mamy koleżanek Małgosi dostawały szału, kiedy widziały moje dziecko spacerujące przed blokiem z abażurem na głowie, z którego zwisała firanka. Małgośka tak spacerowała, tylko wcześniej pytała „Mamusiu, czy wyglądam jak królewna i czy mogę tak wyjść?”. Ja jej pozwalałam. Miała wtedy pięć lat. Moim dzieciom wolno też było taplać się w błocie, najwyżej przebierało się je po pięć razy dziennie. Co do nauki, to nigdy nie wymagaliśmy, aby dzieci były prymusami. Jestem zwolenniczką uczenia dziecka samokontroli. Niech wie, że uczy się dla siebie, a nie dla mamusi, l one to wiedziały. Podobnie jak Wojtek, syn Maćka, który też poszedł w ślady ojca, skończył szkołę filmową w Łodzi i został reżyserem. Duża to zasługa Maćka, który dzieci wychowuje tak, że zawsze szuka dziury w całym, filozofuje jak to Maciek. Zawsze wkłada im do głowy: musisz coś zrobić, coś pokazać. I dużo czasu zwykle mija nim je pochwali. Ale jest dla nich niekwestionowanym autorytetem. Jak tylko coś się dzieje, to wszyscy lecą po radę do niego. Lubią też pogadać z nim na tematy zawodowe. O sercowych sprawach dowiadywałam się jednak pierwsza. Nie jestem tylko mamą, ale i przyjaciółką, chociaż daję im czasem „trzaśnięte porady”. Córki potwierdzają: ich mama ma zwariowane, dziwne pomysły. Zazdroszczą jej nawet tego szaleństwa. – Starannie pielęgnuję w sobie wariata i uczę tego córek. To moja teza, bardzo ważna – przyznaje Dorota. – Warto mieć tę odrobinę szaleństwa, nie bać się tego i przetwarzać to na wartość twórczą. Jeśli to coś będzie się chciało ucywilizować, wepchnąć w konwenanse, to wszystko, także procesy twórcze, będzie przebiegać banalnie.

Spotkanie z czytelnikami Z odrobiny szaleństwa Terakowskiej powstało „Przekrojowe” Muzeum Rzeczy Nieistniejących: bez ścian, strażników, filcowych pantofli, dotacji od ministerstwa i skąpych sponsorów. Podobnie jak cotygodniowy felieton Doroty „Między PRL-em a III Rzeczpospolitą”, w którym rozmawia z wymyśloną przez siebie panią Helenką. Bogatą wyobraźnię i ciekawość dziecka przejawia w swoich książkach. Pisze je zarówno dla dzieci, jak i dla dorosłych. Warstwę przygodową przyswajają dzieci, a filozoficzną dorośli. „Próba generalna”, „Babci Brygidy szalona podróż po Krakowie”, „Trzynaście miesięcy i trzynaście dni Gazety Krakowskiej’, „Guma do żucia”, „Władca Lewawu”, „Córka czarownic”, „Lustro pana Grymsa”, „W krainie Kota” i „Samotność Bogów” – to tytuły książek Terakowskiej. Wszystkie naraz i po kolei przeczytała dopiero niedawno jej córka-dziennikarka. – Słuchaj, przecież ty naprawdę dobrze piszesz!” – stwierdziła z dużym zdziwieniem.

Dorota Terakowska z córką, Katarzyną T. Nowak – Kasia patrzyła zawsze na mnie podejrzliwie i nie wierzyła, abym napisała coś dobrego – opowiada Dorota, uszczęśliwiona dobrą recenzją córki. Katarzyna T. Nowak przecież sama para się słowem. W dzieciństwie stale pisała intymne pamiętniki, które rozrzucała po całym domu. Zapisane kartki leżały rozsiane po wszystkich pokojach, a domownicy je zbierali i mimo woli czytali. W dorosłym życiu rzuciła religioznawstwo w UJ i zajęła się dziennikarstwem. Trzask, prask i po krzyku – jak to u Szumowskich.

Rodzice Doroty, Anna i Marian Terakowscy, tworzyli typowo mieszczański dom. Ojciec prowadził wytwórnię wyrobów ze srebra i kości słoniowej przy ul. Grodzkiej, zlikwidowaną zresztą przez Niemców.

W obiektywie Wiesława Dymnego – Jako młoda dziewczyna szalenie się buntowałam przeciw tej mieszczańskiej tradycji i w sposób naturalny trafiłam, mając 16 lat, do „Piwnicy Pod Baranami”. Byłam już wyrzucona z trzech kolejnych szkół, a od całej rodziny i nauczycieli słyszałam tylko: z ciebie nic dobrego nie wyrośnie! Jedynie za namową Piotra Skrzyneckiego, który biegał za mną i krzyczał: „Ja cię też wyrzucę, jak nie zrobisz matury”, uzyskałam świadectwo dojrzałości w liceum dla pracujących. Miałam 20 lat. Piotr S. znów mnie namawiał: „Słuchaj, tutaj wszyscy coś robią, a ty chodzisz tylko po kawiarniach. Musisz iść na studia”. I poszłam na socjologię, którą skończyłam już bez problemów. Wyszłam też za mąż za muzyka Andrzeju Nowaka, który napisał słynną piosenkę: „Pasą się, pasą barany wełniane”. Ale po trzech latach rozstaliśmy się, bo nie pasowaliśmy do siebie. Między pierwszą a drugą rozprawą rozwodową poznałam w „Jaszczurach” Maćka Szumowskiego – wspomina Terakowska. Prób samorealizacji podejmowała wiele i wiele było nieudanych. Za namową Zygmunta Koniecznego nawet śpiewała w „Piwnicy”. Niektórzy zatykali uszy.

– Niesłychanie sobie cenię, że byłam pierwszą girlsą w PRL-u! Wiesiek Dymny założył kabaret „Remiza” i na jego premierze w Jaszczurach pojawiły się pierwsze girlsy w Polsce! Miałyśmy czarne pończochy, buty na obcasach, cylindry i krótkie fraczki. Jedną z czterech girls byłam ja, drugą Ania Arway, trzecią Hanka Pragłowska, czwartej nie pamiętam! Pamiętam za to, że tłum szturmujący Jaszczury, by nas zobaczyć, wybił szybę. Urok nasz polegał na tym, że żadna nie umiała tańczyć! A Dymny powiedział, że nie o to chodzi. Chodzi o to, abyśmy były! Po prostu.

Po prostu: cała sztuka w tym, aby być. Szumowscy to potrafią. Dorota uważa, że udało im się stworzyć z Maćkiem rodzinę, która się nie tylko kocha, ale na dodatek lubi i przyjaźni.

Ewa Kozakiewicz
„Cracoviana” 38/99


Zbliża się grudzień;-)

Grudzień kojarzy mi się ze świętami, karpiem i moim wujkiem. Kim jest wujek, właściwie nikt w rodzinie nie wiedział. Pojawił się znienacka w jakiś grudniowy dzień, oznajmił że jest wujkiem i długo tłumaczył dlaczego, ale nikt tego nie zapamiętał. Zaprosiliśmy wujka na obiad w pierwszy dzień świąt. Przyszedł elegancki, w garniturze, kapeluszu….jak spod igły. Ledwo wszedł zaczął mówić. Wujek ma słowotok. W naszej rodzinie prawie każdy miał słowotok poza ojcem, więc dogadywaliśmy się bez trudu choć dla postronnej osoby mogło to wyglądać dziwacznie. W każdym razie wujek zasiadł przy stole, na honorowym miejscu, zwykle zarezerwowanym dla taty, czyli „u szczytu stołu”. Stół był wielki, szeroki, dębowy, po prababce. Rodzinę stanowiły 4 osoby ale i tak rozkładaliśmy stół na święta.

Na obiad był akurat indyk . Nasz tata, w przeciwieństwie do mojej siostry, mamy i mnie, starał się być zawsze bardzo uprzejmy wobec gości, savoir vivre itd. My też byłyśmy uprzejme ale zachowywałyśmy się naturalnie, tak jak zawsze, a nie SPECJALNIE dla wujka. W domu klęliśmy jak szewcy i jaraliśmy sporo papierosów. No ale skoro jest wujek, prawdziwy czy nie, to powstrzymywaliśmy się od rozmaitych „kurw”. Tata wniósł na półmisku pokrojone plastry indyka, podzielone na białe i ciemne części. Stanął obok wujka.

– Wujek, jaki chcesz kawałek mięsa? Delikatniejszy biały czy ciemny?

– Wszystko jedno

– Jak to wszystko jedno? To nie jest wszystko jedno! Wybieraj!

– Kiedy naprawdę nieważne jaki to będzie kawałek. Na pewno będzie znakomity, wszystko u was jest znakomite, więc niewa…

– Jak to nieważne?! To jest bardzo ważne !

A mięso stygnie. My też.

– Nałóż mu wreszcie, przestań się wygłupiać, wszyscy siedzimy głodni – wtrąca mama.

– Pss, pss, jak ty się zachowujesz przy gościach – głośnym szeptem mówi tata – Sama byś mogła podawać wujkowi.Ja tu za kelnera robię!

– Czy wujek się zdecydował? Bo ręka mnie boli, a mięso już prawie zimne i nie będę co chwila latał do kuchni i odgrzewał.

– Kiedy naprawdę wszystko jedno – mówi wujek słabym głosem.

Wreszcie matka wstaje, zabiera talerz i nakłada szybko wujkowi kilka kawałków ciemnego mięsa. Wujek oddycha z ulgą, bierze w dłoń sztućce, serwetę podkłada pod brodę i w tym momencie ojciec ręką zabiera mu wszystkie kawałki mięsa z powrotem na półmisek.

– Coś ty mu dała? Wujkowi trzeba dać najdelikatniejsze kawałki. Na pewno woli te białe. Prawda, wujku?!

– Ależ ja lubię i ciemne, daj jakiekolwiek…

-Jak to JAKIEKOLWIEK DO KURWY NĘDZY ?! TO PO CO JA SIĘ TAK KURWA STARAM? JE WUJEK CZY NIE JE??!

– Nie mam co – słabiutko odpowiada wujek i kurczy się na krześle.

– A kurwa jego mać, mam w dupie święta, niech sobie wujek sam wybierze co tam chce.

I tak wujek pojawiał się już w każde święta niezrażony pierwszym wrażeniem. Nawet przyzwyczaił się do nas. Przychodził zawsze w tym samym garniturze, od progu zaczynał coś mówić (zwykle o tym, żebyśmy przestali palić i o szkodliwości palenia a potem, jak to on przeskakiwał z tematu na temat i tak w kółko) i siadał przy stole. Każda z nas starała się nie siedzieć obok wujka, bo to już byłoby przechlapane. Jak wujek dorwał ofiarę, to opowiadał i opowiadał i jeszcze kazał patrzeć na siebie i słuchać. Siadał i gadał. Mimo że chodziliśmy po pokoju, robiliśmy kawę czy cokolwiek, wujek dalej siedział i gadał. Po obiedzie odprawiał ten sam rytuał: wyciągał z kieszeni złożoną kartę, rozkładał na stole i mówił: opowiem wam dowcip. I zaczynał opowiadać -ten sam co roku. Chowaliśmy głowy pod stół, ale potem śmialiśmy się już w głos, ryczeliśmy wręcz ze śmiechu, łzy się nam po policzkach lały, ale nie z dowcipu oczywiście. Wujek był zachwycony. Gorzej, jak nagle wyskakiwał z nowym dowcipem, zwykle o Żydach. Matka nie wytrzymywała nerwowo, wyzywała go od antysemitów, ojciec przytakiwał wujkowi i podkręcał atmosferę (specjalnie). Kłótnie takie były co roku ale trwały chwilę, po czym na stół wjeżdżał sernik mamy, więc wszyscy się uspokajali. Robiła niesamowity sernik.Potem nażarci jak fiks, siedzieliśmy przy winie i rozmawialiśmy. Wujek mówił cały czas, ale już się przyzwyczailiśmy. Miał nas za bandę wariatów, ale zdecydowanie nas lubił. My go też.

Kiedyś chciałam go o coś spytać.

-Wujek! A gdzie ty w Krakowie mieszkasz?!!!!! Przy jakiej ulicy?!!!!

– Ależ kochana – mówi wujek cichutko – czemu ty tak krzyczysz?

– To wujek słyszy?

Nie wiem dlaczego, ale zawsze mi się wydawało że do starszych ludzi trzeba mówić głośno. Właściwie to cud, że nie uciekł od nas.

Wujek – ostatni nauczyciel belcanta w Polsce – (wyjaśniam: wujek uczył śpiewu i dykcji, a bel canto to specjalny włoski styl śpiewu operowego) – był też nałogowym hazardzistą. Zawsze ale to zawsze brakowało mu pieniędzy, a w domu miał niesamowite antyki i antyczne przedmioty warte majątek. Tylko że powoli znikały , zastępowane jakimiś meblościankami. Kiedyś odwiedziłyśmy go z siostrą ( z antyków pozostał może jeden mebel), już domyślając się przyczyny znikania.

– Wujek, niech się wujek przyzna, że gra w karty na pieniądze – mówimy – To nic złego, niech wujek nam powie prawdę.

– Ja w nic nie gram, kochana (zawsze dodawał „kochana”), na żadne pieniądze. No, kiedyś grało się w pokerka ale teraz jestem biedny i z kolegami mamy własną grę.

– A jak się ta gra nazywa wujku?

– Do pięciuset.

No to sprawa jasna.

– Absolutnie nie na pieniądze! To tylko taka nazwa, kochana. A masz może jakąś stówkę ?

No i tak to było z wujkiem. W skrócie. Bo wujek to wieeeeeelka historia. Siostra nakręciła o nim etiudę „Siedem lekcji miłości”.

Rodziny nie ma, stołu nie ma, wujek gdzieś jest ale już go nie widuję. Pewnie gra w karty.


A w Krakowie

Park imienia Maćka i Doroty, czyli moich rodziców

Zapraszam, jeśli ktoś nie był, a chciałby;-)

320466,gazeta-szumowskiego,id,t.html

Nie są do siebie zbyt podobni na tej tablicy, ale rysownik nie bardzo poradził sobie z odtworzeniem ich twarzy ze zdjęć;-)  Ważne, że jest.  Miejsce też klimatyczne.  Pamiętam spory: czy zrobić ulicę Ich imienia , czy może skrzyżowanie ulic;-) .  Park zdecydowanie lepszy. Najpierw była ławka i dwa zasadzone drzewka: jarzębina i wiąz, a rok temu ten widoczny na zdjęciu kamień wraz z tablicą.

Często ktoś pyta mnie, gdzie jest ten Park. Zatem już podałam adres ( w linku).

A tu jeszcze starszy pomnik, czyli Bronisława Chromego Piwnica Pod Baranami, ale ciężko mi rozpoznać, która głowa należy do Mamy;-)

zdjęcie autorstwa Joasi, z jej blogu: zdziwniej

Ot, takie romantyczne miejsca w Krakowie (poza tymi znanymi).


%d blogerów lubi to: