Tag Archives: moja nowa powieść

To będzie moja nowa powieść po Owcy w krzakach dzikiej róży

 

KAROLINA(Y)

 

– Znowu ruszasz łokciem tak by wyszło pięć razy! – złości się Karolina Jeden- znowu sprawdzałaś, czy na rejestracjach mijanych samochodów jest liczba pięć!

– Nie panuję nad tym – broni się Karolina Dwa.

– Nieprawda! Gdybyś chciała to byś mogła, przeszkadza mi to w myśleniu!

– Naprawdę nie mogę, to się samo dzieje.

– Bzdura! Sama tym sterujesz tak samo jak pochłaniasz wielkie ilości psychotropów na sen a mogłabyś zasnąć bez nich!

– Nie, to ty mogłabyś zasnąć bez nich, a nie ja.

– I w kółko do mnie gadasz w myślach, już prawie ruszasz ustami, ale wstyd! Męczysz mnie – mówi Karolina Jeden.

–  Spróbuję z tym powalczyć – odpowiada Karolina Dwa.

– Akurat! Beze mnie nie dasz rady!

– Wiem, dlatego mówię do ciebie.

– Ale potrzebuję wreszcie jakoś schudnąć…- .mamrocze Karolina Dwa.

– Znowu pomyślałaś to tak, by wyszło pięć!

– Nie wytrzymam kiedyś. Jedna z nas musi się zamknąć.

–  Nudzą mnie już te twoje stany lękowe – denerwuje się Karolina Jeden.

– Ty też je masz, bliźniaczko.

– Nie mam! Jestem zupełnie inna niż ty, przystosowana, zrównoważona i dojrzała. Nie jestem ani twoją bliźniaczką ani twoim klonem.  Stworzyłaś we mnie małego potworka, który przeszkadza mi żyć.

– Jesteś bierna przecież – powiedziała Karolina Dwa.

– Hahaaa, użyłaś dwóch słów po sześć liter, co nie zwiastuje niczego dobrego w twoim chorym umyśle.

– Nienawidzę Cię

– Wzajemnie moja droga.

– Jezu, chyba jestem pierdolnięta – pomyślała Karolina Dwa.

– Hahaaa, jednak nigdy nie pozwolę Ci odejść, bawisz  mnie. Tylko znowu piłaś! Jesteś nawalona. To mi się nie podoba, bo wpływa tez na mnie, masz wytrzeźwieć i wziąć za siebie! I szukaj pracy, do cholery!

– Nie krzycz, głowa mnie boli.

Karolina (y) od ponad pół roku nie miała pracy, szukała po ogłoszeniach, zarejestrował się na kilku portalach, niestety przychodziły oferty tylko z call center lub „kierowca autobusu”, choć wyraźnie zaznaczyła, że nie ma prawa jazdy. Pisanie do gazet nagle się skończyło, odpowiedź była jedna: „nie przyjmujemy tekstów z zewnątrz” a portale proponowały wolontariat. Prowadziła jeszcze prywatne warsztaty pisania, ale zgłosiła się tylko jedna osoba i właśnie kończyły pracę. Kryzys chyba dotknął wszystkich. Poza hydraulikami, myślała gorzko.

Od lat cierpiała na bezsenność, musiała brać psychotropy a wizyty u lekarza kosztowały, leki także. Aby pracować, musiała być wyspana! Teraz chodziła spać najpóźniej o pierwszej w nocy, a wstawała o dziesiątej ale kiedyś….Znalazła swoje zapiski sprzed roku: „Budzik w komórce chyba naprawdę jest zepsuty. Zdążyłam jednak do sklepu i do banku ( w czapce z daszkiem)bo przez niepamięć krótkotrwałą – po  leku na sen –   i tik nerwowy – mruganie oczami –  trzy razy źle wpisałam hasło do strony internetowej. A może to nie tik? Od dawna wybieram się do okulisty po jakieś okulary na p czy na s, specjalne dla rybaków , kosmonautów i komputerowców, jakieś takie lekko przyciemnione, żeby mnie tak ekran nie raził. Ale nie mogę zdążyć oczywiście, bo mają otwarte do osiemnastej.

Nic nowego się nie wydarzyło poza tym, że czajnik w którym gotuję wodę spalił się permanentnie i kawa ma dziwny smak. W poniedziałek spróbuję nastawić dwie komórki, może wreszcie mi się uda.  Przy czym jedna z nich będzie dzwoniła w lombardzie. Może mnie powiadomią?  Odpisałam na parę meili. Odwiedziła mnie koleżanka, która niedawno chirurgicznie podniosła sobie górne powieki i zaczynam obsesyjnie o tym rozmyślać, bo efekt jest piorunujący. ( I na pewni tik by mi zniknął bo przez trzy tygodnie ma się szwy, raczej trudno o intensywne mruganie), zasnęłam około siódmej rano czytając biografię Houllebequa (nigdy nie wiem jak się to pisze) i dowiedziałam się że już w młodości preferował te podniszczoną wyblakłą kurteczkę, w której pojawił się w Polsce. Namiętnie też grał w rozmaite konkursy gazetowe, wygrywając jakieś okropne gadżety albo próbkę kawy. Dziwne zajęcie, ale chyba też spróbuję. Mój znajomy wygrał raz toyotę i się załamał. Nie dość, że musiał ją odebrać zawiniętą czerwoną kokardą na Rynku Głównym obserwowany przez tłum ludzi i w  blasku fleszy, rozpakować, coś tam powiedzieć do kamery i odjechać, to jeszcze żona natychmiast ją uszkodziła waląc w słup przy parkowaniu. Prawie płakał, bo okazało się, że toyoty nie można zamienić na gotówkę ani sprzedać przez rok a on nie  miał na czynsz.  W dodatku wcale nie lubił konkursów tylko mleko, a wtedy była jakaś akcja że jak zamiast mleka w kartonie znajdziesz wodę, to znajdziesz się szczęśliwym posiadaczem nowiutkiej toyoty.  Teraz też jest jakaś akcja z mlekiem (w nagrodzie żywa gotówka) i nawet wysłałam kilka smsów ale z powodu niepamięci krótkotrwałej wyrzuciłam stare opakowania a bez nich nie udowodnię, ze to właśnie mój sms jest tym szczęśliwym. Zagram jeszcze kilka razy, o ile nie zablokowali mi komórki. Chyba nie zapłaciłam rachunku. Coś ze mną wyraźnie nie tak: tik, zapominam różne rzeczy, zamiast w drzwi trafiam w ścianę a dziś uderzyłam się z całej siły czołem w umywalkę myjąc zęby. Zaraz zdiagnozuję się w Internecie. Może to astygmatyzm?

Nigdy, przenigdy nie wolno czytać ulotek dołączanych do leków – natychmiast pojawiają się wszystkie skutki uboczne. Niestety odkryłam że tik nerwowy jest jednym z nich.  Dziwne jak na fakt, że mam rozluźnione mięśnie. Może powiek to nie dotyczy. Inną nowością było to, że na moje konto wpłynęła mizerna kwota pomniejszająca lekko mój limit debetowy.

Czy coś jeszcze się wydarzyło? Chyba  dopisałam coś na zabazgranej żółtej karteczce samoprzylepnej. Aha! Już wiem co. Okazało się, że niedaleko mnie naprawią mi czajnik bezprzewodowy, który ostatnio postawiłam na zapalonej kuchence elektrycznej i spalił się podgrzewacz. Serwis działa oczywiście do siedemnastej, więc znów pewnie będę gotowała wodę na kawę w garnku. Po wstaniu nie mogę obyć się bez kawy z mlekiem, cukrem trzcinowym i papierosami marlboro w miękkim opakowaniu. Jak zawsze nastawiłam budzenie w komórce, ale albo go nie słyszę albo po prostu wyłączam. Na żółtej karteczce samoprzylepnej (mam ją na biurku w tym samym miejscu) tkwi jak byk: “kupić porządny budzik”. ale te sklepy z agd są czynne zwykle do osiemnastej i jakoś nie mogę zdążyć.

Nie ćwiczyłam dziś na domowym wioślarzu, mam wyrzuty sumienia ale przesuwanie mebli to w końcu też niezły wysiłek fizyczny.

Chyba wrócę do łóżka, ale nie będę już czytała bo mi tik przeszkadza. Wypalę jeszcze jednego malboraska i zagryzę jabłkiem. Po czym zgaszę lampkę nocną z kolejną nadzieją, że jednak budzenie zadziała. Zauważyłam, że jak mniej śpię, mam więcej energii. Może wreszcie uda mi się wyrzucić do kosza samoprzylepną żółtą karteczkę po załatwieniu wszystkich spraw z listy.”

Na szczęście ta paranoja minęła i teraz normalnie spała, choć po lekach. Tylko i wyłącznie. Karolinie Jeden się to nie podobało, ale trudno!  I tak zrobiła postępy, choć natręctwa i tiki nerwowe to chyba jedno i to samo. Ale przynajmniej od dawna zachowywała abstynencję. No, raz jej się zdarzyło, ale wtedy wylądowała na krzaku i więcej tego nie powtórzy, nie mogła się podnieść, pomógł jej jakiś obcy facet z psem i dzięki niemu dotarła do domu.

Miała przyjaciół – Gośkę, Kaśkę, Ewę i Tomka – ale nie mogła zwalać na nich swoich problemów.

Na natręctwa sa leki, ale Karolina(y) już nie mogła patrzeć na tabletki a co dopiero zażywać kolejne.

– Proszę brać dwie asentry dziennie, to pomoże – doradziła pani psychiatra, która za wizytę brała sto pięćdziesiąt złotych a opakowanie asentry kosztowało ponad trzydzieści, bo oczywiście Karolina(y) nie była ubezpieczona.

W Krakowie znała kilka ulic na krzyż, a wyjazd tramwajem do Urzędu Pracy za drugi koniec miasta i rejestracja wydawały jej się koszmarem.

A koniecznie powinna pojechać bo wczoraj znowu wylądowała na SOR-ze z kolką nerkowa, cewnikowali ja i robili leczenie doodbytnicze. Masakra. W dodatku musi zapłacić za ten cholerny szpital, bo nie było jej znajomego.

Znajomi! Miała ich sporo, wielu wśród znanych ludzi, ludzi na stanowiskach ale oni jakby nie byli zainteresowani pomocą, choćby w znalezieniu pracy. Inna sprawa, że Karolina(y) ich nie prosiła, wiedziała jaka będzie odpowiedź no i wstydziła się. W dorobku miała cztery napisane książki , na umowę o dzieło, czyli bez etatu i bez ubezpieczenia zdrowotnego. Tylko  pisanie nadawało sens jej życiu. Do pracy, takiej zwykłej, bała się iść, bo nigdy nie pracowała poza redakcjami ale tam czas nie był „0d – do”.

Teraz liże lekko palec, dmucha w niego i ociera o spodnie. Kolejny tik czy natręctwo. Karolina Jeden chwilowo milczy, ale gotuje się w sobie.

Nie ma stałego mężczyzny, a raczej ma ale on nie jest wolny. No to ma czy nie ma? Oto jest pytanie. Nic chyba w jej życiu nie jest normalne, poukładane, sama postanowiła kiedyś, że nie przystosuje sie do społeczeństwa bo ono jej się nie podoba z tą swoja hipokryzja.  No to nie może teraz narzekać.
Nigdy nie idź za stadem, powtarzała jej matka, pamiętaj! W stadzie jest może bezpiecznie, ale duszno!” No i posłuchała. Jej matka miała rację, więc Karolina(y) żyła swoim indywidualnym życiem, za co jedni ją uwielbiali a inni nie znosili. Tych drugich było więcej. „Za to jest cena”, przypominały jej się słowa matki.  Ale nie potrzebowała uwielbienia tłumów, choć marzyła o sławie i pieniądzach. Ale czy tylko ona? Ona jedynie przyznawała się do tego.

Dziś znalazła ogłoszenie, sieć sklepów z używaną odzieżą poszukiwała sprzedawców, zgłosi się! Tylko na kasie fiskalnej się nie zna, ale spróbuje, może ja poduczą.  Do tego chyba się nadawała.

– Ty się do niczego nie nadajesz poza pisaniem i siedzeniem przy komputerze – zaśmiała się Karolina Jeden – Ciekawe, co zrobisz, jak ci się skończą tabletki i nie będziesz mogła wstać do takiej pracy?

– Pojdę do lekarza, mam ich trzech – odpowiedziała wściekła Karolina Dwa.

– W tym dwóch płatnych, a ten znajomy tak szybko cię nie przyjmie, bo za dużo zażywasz, moja droga.

– Pójdę i spróbuję!

– Wyrzucą cię po tygodniu, założę się – stwierdziła Karolina Jeden.

– A zakładaj się z kim chcesz!

– Zakładam się z toba, tylko z toba. I wygram. Potrafisz tylko siedzieć, pisać i prosić się tego twojego faceta o datki na życie, bo z pisania nie umiesz wyżyć.

– Zgłosiłam się na rozmowę rekrutacyjną do call center – wyjęczała Karolina Dwa.

– Nie przejdziesz jej pozytywnie, nie ma szans. Jesteś antylogiczna, nie odpowiesz prawidłowo na pytania. Wiesz co to jest outsourcing?

– Nie.

– No widzisz, nie masz szans!. Poza tym bez tabletek zaśpisz do pracy, znam cię.

– Wcale mnie nie znasz, jesteś moja drugą ja i cos tam kumasz ale same złe rzeczy, nie doceniasz mnie, nie dopingujesz, nie mobilizujesz….

– Bo nie po to mnie stworzyłaś.

– Zamknij się choć na chwilę!

Karolina(y) nie wierzyła w tę drugą, ale ona była i rozmawiała z nia. Czasem jej słuchała i milczała ale wciąż jednak była obecna. Na pewno nie miała rozdwojenia jaźni. Po prostu ta druga namawiała ją do złych rzeczy a ta pierwsza próbowała z tym wałczyć. Pojawiła się wraz z natręctwami i bezsennością. Karolina(y) nie mogła spac mimo wielkiego zmęczenia fizycznego i wtedy ona się odezwała, no i już została.

Nie no, w szmatek sie nie będę pracowała, pomyślała Karolina Dwa i natychmiast odezwała się Karolina Jeden:

– Wiedziałam!

– To po prostu nie dla nie, poszukam jeszcze pracy zgodnej z moim zawodem

– To ty masz jakiś zawód?

– Jestem pisarką, zapomniałaś?

– A poza tym? – spytała Karolina Jeden i Karolina Dwa nie miała na to odpowiedzi.

– ś,ć,ć,ć,c,ć!!! – stwierdziła Karolina Dwa.

– Znowu to robisz!

– Tak, a co?

– To twoje ci…

– Tak, dużo ci, ci, ci ci, ci ,ci ćś, ćś, ćś, ci, ci! Ale masz rację, do pracy się nie nadaję , poza pisaniem.

– Wiedziałam! – zawołała triumfalnie Karolina Jeden.

– Numery, numery telefonów, wszystkie znam –  mówi Karolina Dwa.

– Książka telefoniczna, hehe, nienawidze cię.

Karolina Dwa znała wszystkie numery telefonów, ale starała się ich nie pamiętać. Wpisywała w komórkę i zapominała. Technika ja ratowała.

Dzięki technice robiła listę zakupów w komputerze i drukowała. Dzięki technice zapisywała wszystko w plikach tekstowych, a nie na żółtych karteczkach.

 

 

 

 

 

 

 

 


Wpadłam na pomysł nowej mrocznej (jak Kasika Mowka) powieści

Oto fragment, na razie bez opisu:

 

KAROLINA(Y)

 

– Znowu ruszasz łokciem tak by wyszło pięć razy! – złości się Karolina Jeden- znowu sprawdzałaś, czy na rejestracjach mijanych samochodów jest liczba pięć!

– Nie panuję nad tym – broni się Karolina Dwa.

– Nieprawda! Gdybyś chciała to byś mogła, przeszkadza mi to w myśleniu!

– Naprawdę nie mogę, to się samo dzieje.

– Bzdura! Sama tym sterujesz tak samo jak pochłaniasz wielkie ilości psychotropów na sen a mogłabyś zasnąć bez nich!

– Nie, to ty mogłabyś zasnąć bez nich, a nie ja.

– I w kółko do mnie gadasz w myślach, już prawie ruszasz ustami, ale wstyd! Męczysz mnie – mówi Karolina Jeden.

–  Spróbuję z tym powalczyć – odpowiada Karolina Dwa.

– Akurat! Beze mnie nie dasz rady!

– Wiem, dlatego mówię do ciebie.

– Ale potrzebuję wreszcie jakoś schudnąć…- .mamrocze Karolina Dwa.

– Znowu pomyślałaś to tak, by wyszło pięć!

– Nie wytrzymam kiedyś. Jedna z nas musi się zamknąć.

–  Nudzą mnie już te twoje stany lękowe – denerwuje się Karolina Jeden.

– Ty też je masz, bliźniaczko.

– Nie mam! Jestem zupełnie inna niż ty, przystosowana, zrównoważona i dojrzała. Nie jestem ani twoją bliźniaczką ani twoim klonem.  Stworzyłaś we mnie małego potworka, który przeszkadza mi żyć.

– Jesteś bierna przecież – powiedziała Karolina Dwa.

– Hahaaa, użyłaś dwóch słów po sześć liter, co nie zwiastuje niczego dobrego w twoim chorym umyśle.

– Nienawidzę Cię

– Wzajemnie moja droga.

 

 

 

 

 

 

 

 


Fragment mojej nowej powieści

Tytuł roboczy: Owca zaplątana w krzak dzikiej róży

 

To był jeden z wielu pięknych słonecznych dni. Nic nie zapowiadało katastrofy.

 

1.

Osada nad morzem liczyła zaledwie kilkanaście domów. Same ogrodzone wille. Mieszkali w nich ludzie, którzy jedzenie, ubrania i meble zamawiali przez Internet. Wystrój zmieniali średnio raz na trzy miesiące. Ciężarówki z logo drogich firm wnętrzarskich podjeżdżały pod sam dom a wynajęci projektanci urządzali wszystko od łyżeczki do herbaty po biblioteki. Książki oczywiście tez przywozili. Mniej więcej, co trzy, cztery dni przyjeżdżały samochody z zakupami ze sklepów z organiczna żywnością, a raz w miesiącu z garderoba na wymianę. W mieszkaniach tych ludzi były – zawsze na wierzchu – eleganckie magazyny o zdrowym odżywianiu się, ekologicznej modzie i wystroju wnętrz. Idealnie uprawiali modny trend: cocooning, uciekając przed chaosem zewnętrznego świata.

 Rzadko rozmawiali ze sobą, a na alejkach wymieniali zdawkowe uprzejme zdania. Chodzili ubrani w te organiczne ciuchy zawsze czyści, schludni, nienaganni, z dobrze ułożonymi włosami, z dobrze ułożonymi manierami. Kilkanaście wili, a wszyscy byli sobie zaledwie lekko znani, z widzenia, czasem ze wspólnych herbatek. Zwykle było ich kilkadziesiąt do wyboru, ale dominowała biała lub zielona. Zaparzana w specjalnym czajniczku i podawana w czarkach lub filiżankach. I koniecznie domowe wypieki, to jedyne co gotowały tutejsze panie domu.  Miały zwyczaj dzielenia się nimi z innymi mieszkańcami, mimo że nikt z nikim się tu nie przyjaźnił. Kiedy się spotykali rozmawiali o pogodzie lub newsach z telewizji.

Niektórzy  mieli pieski. Yorki albo chihuahua. Pieski nosiły kokardki i ubranka od projektantów. Wydawało się, że sa nawet zadowolone a przynajmniej tak tylko udają, mocno trzymane przez właścicieli na rękach lub krótkich eleganckich smyczach. Nigdy nie widziałam by ktoś z nich miał kota lub inne domowe zwierzę.

Większość była w związkach, ale bezdzietnych. Inni preferowali mniej lub bardziej wygodne zycie singla. Wiek? Między trzydziestka a pięćdziesiątka. Nigdy nie widziałam, by odwiedzali ich krewni. Nigdy nie widziałam nikogo starszego. Ani chorego. Ani niepełnosprawnego.

Wieczorem osada zamierała. Każdy po obowiązkowym krótkim spacerze z psem krył się w swojej twierdzy. O dziwo, prawie nikt nie chodził nad morze ani na pobliska plażę.

Na pozór niczym nie różnili się między sobą. Podobnie jak ich domy ze starannie wypielęgnowanymi ogrodami i trawnikami, oczywiście przez specjalne wynajęte do tego firmy. Czy pracowali? Jeśli tak, to w zaciszu domowym. Nigdy nie widziałam by opuszczali osadę, choć w ich garażach stały piękne lśniące samochody. Niczego więcej tu nie  było poza komenda policji, firmą ochroniarską oraz małym sklepikiem z warzywami i rybami , niemal zawsze pustym poza znudzonym właścicielem.  A może nieznudzonym. Przecież w osadzie nikt się nie nudził. Nie mógł. Jeśli cokolwiek się tu działo to w zamkniętych  domach, ale i to jest wątpliwe. Policja nigdy nie została przez nikogo wezwana. Pasowaliśmy idealnie do Osady. Przynajmniej do feralnego wtorku.

Tylko wciąż nie wiem czy została przyjęta przez wydawnictwo, jeszcze kilka tygodni muszę poczekać , a czekania po prostu nie znoszę.


%d bloggers like this: