Tag Archives: wspomnienia

Ostatnie zbiory na mojej stronie Salwator Zwierzyniec

Już złożyłam podanie o dotację u radnych, czekam na odpowiedź.

Dworek pod Lipkamikaplica św. Małgorzatybłonia hermanowicza

słynny Edek Partyzant1

O Edku Partyzancie:

Słów kilka o Edku Partyzancie, co tramwajami kierował na pętli:
Po wojnie palmę pierwszeństwa wśród zwierzynieckich dziwaków dzierżył niepodzielnie Edek Partyzant. Choć działał w całym mieście, to jednak

najlepiej czuł się w zwierzynieckim mateczniku. Oficerki Edka dziarsko błyszczały nad zwierzynieckim brukiem w latach pięćdziesiątych. Opowiadano

o nim wówczas, że jest kontuzjowanym żołnierzem. Skutkiem tej kontuzji miał otrzymać rentę. Pozwalało mu to wyzwolić się z mozołu walki o kawałek

chleba i poświęcić cały wolny czas na spacery w rozmaitych mundurach. Nikt nie potrafił wyjaśnić, jakie to przyczyny decydowały, że czasami Edek

był marynarzem, czasami harcerzem, a nawet tramwajarzem. Mundur zmieniał jego osobowość. On nie udawał tramwajarza, on nim był. Wychylony z

przedniego pomostu bacznie obserwował szyny, ostrzegał pasażerów strasznymi skutkami wysiadania z wagonu zanim ten zatrzyma się ostatecznie i

przed wsiadaniem po dzwonku sygnalizującym odjazd. Choć nie był Edek wielkim mówcą, a nawet można powiedzieć, iż bełkotał swoje ostrzeżenia, to

jednak nikt się z niego nie śmiał. Ten człowiek wzbudzał szacunek. Nawet zwierzynieckie agary, dla których nie było żadnych autorytetów,

szanowały Edka. Ten szacunek przetrwał czasy Edkowej świetności. Nikt bowiem nie wiedział, że zwierzyniecki dziwak przez lata zmagał się z jakąś

chorobą. Choroba zwyciężyła i biedny Edek, ubrany już w cywilne łachy, wlókł się z trudem o lasce przez Zwierzyniec, aby dotrzeć do tego kawałka

muru przy Siennej, muru, o który można się było wygodnie oprzeć i długo stać z plikiem „Echa” na ręku. W tamtej epoce powszechnego braku nawet

gazet było za mało. Edek kupował u zaprzyjaźnionych kioskarzy większą ilość codziennej, poczytnej gazety za pięćdziesiąt groszy od sztuki.

Później sprzedawał. Jednak już za złotówkę. Zdarzyło się raz, że jakiś nadgorliwy ormowiec usiłował ukrócić spekulację. Na jego nieszczęście

próbował to zrobić w obecności paru zwierzynieckich zuchów, którzy solidarnie i solidnie stanęli w obronie biednego Edka.” (Piotr Boroń)

Dziwacy – Andrzej Kozioł :

„Mieczysław Smolarski w Mieście starych dzwonów wspomina jedną z charakterystycznych postaci, której przybycie na Planty zwiastowało poruszenie wśród młodocianych bywalców tego krakowskiego parku: Niekiedy z jednej z bocznych ulic dochodził niespodziewany wrzask i gwar. Był to znak, że pojawiła się obłąkana starucha „Kaśka zwierzyniecka” i wygrażała kosturem goniącym ją pauprom.
Czy rzeczywiście pochodziła ze Zwierzyńca i czy na chrzcie świętym nadano jej takie właśnie imię – nie wiemy. Wiadomo jednak, że Kraków zawsze obfitował w dziwaków i to wszelakiego rodzaju. Obfitował w nich także Zwierzyniec – cudowna dzielnica mojego dzieciństwa położona pomiędzy Wisłą a Czarną Wsią, od pasma Sikornika i Wzgórza Św. Bronisławy zbiegająca ku alejom Trzech Wieszczów, za którymi rozciągało się Miasto.
O barwnych ptakach Zwierzyńca – postaciach, które tworzyły jego koloryt, sporo już pisałem. Jednak ponieważ o wszystkim, co kolorowe, można opowiadać w nieskończoność, i my cofnijmy się do lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.
Miejsce, w którym zbiegają się cztery ulice: Kościuszki, księcia Józefa, Królowej Jadwigi i św. Bronisławy, było wówczas spokojne. Wprawdzie od dawna przez most na Rudawie jeździł tramwaj, aby niepodal norbertańskiego klasztoru z jękiem kół zataczać koło, ale wszystko wyglądało inaczej niż dzisiaj. Most był tak wąziutki, że kiedy mijały się na nim dwa tramwaje, dla samochodu brakowało już miejsca. I co z tego? Przecież samochody stanowiły ogromną rzadkość. Co innego konne wozy – mnóstwo ich turkotało na wyboistych ulicach, podążając o świcie w stronę placu Na Stawach.

Tuż obok muru obejmującego uchodzącą do Wisły Rudawę stała brama, zburzona później, podobnie jak most i kto wie, czy nie wraz z mostem. Umieszczona na niej żelazna tabliczka głosiła, że oto dojechaliśmy do granicy strefy dorożkarskiej. Tajemnicza „strefa dorożkarska” pobudzała wyobraźnię. Wydawało mi się, że to miejsce powinno pachnieć sianem i uprzężą, lśnić czarnym lakierem pojazdów, rozbrzmiewać końskim, pełnym ukontentowania parskaniem, roić się od fiakierskich meloników. W rzeczywistości tabliczka informowała pasażerów, że oto skończyło się miasto – i dalsza jazda będzie ich więcej kosztowała.
Kiedyś w całym – jeszcze galicyjskim, austriackim – Krakowie za pierwszy kwadrans przejażdżki płaciło się w dzień 60, a w nocy 90 halerzy, za następny kwadrans – 50 i 80. Jednocześnie miejskie przepisy stanowiły, że jedynie za jazdy bezpowrotne (znów poezja – jazdy bezpowrotne!) do następujących dzielnic należy się dorożkarzowi wyższa taksa, a mianowicie: do Łobzowa, Zwierzyńca, Dąbia… Znikła brama i żeliwna tabliczka, podobnie jak malutki, murowany domeczek doczepiony do klasztornego muru – kiosk, w którym można było kupić prawdziwe cuda.
Drożdżówki i batony, pod cienką warstwą czekolady kryjące gęstą słodycz nadzienia. Dropsy. Krachlę, po otwarciu pięknie eksplodującą syntetyczną, fabryczną wonią pomarańczy. Brązowe trójkąty piszingera. Jesienią – tryskające sokiem gruszki. Przez cały rok u pana Polaka można było kupić spod lady pocieszycielkę strapionych, rozgrzewającą zziębniętych – monopolową siwuchę, jeszcze korkowaną, jeszcze zapieczętowaną brunatnym lakiem, na którym orzeł – w toku napisu „Państwowy Monopol Spirytusowy” – dawał gwarancję, że, aczkolwiek w sposób niezgodny z prawem, nabywa się legalny trunek. Tramwajową pętlę porastały osty i łopiany. Brodziła w nich koza – ze zmierzwioną sierścią, zaczepna, jakby wywodziła się z najprawdziwszych zwierzynieckich andrów. Po wielu, wielu latach w sprawie tej kozy dogadaliśmy się z panem Baranem, murarzem i hodowcą gołębi, niegdyś mieszkańcem ulicy Królowej Jadwigi. Okazało się, że koza była repatriantką, przyjechała zza Buga i dopiero na Zwierzyńcu nabrała łobuzerskich manier. Jednak nie ona rządziła na salwatorskiej pętli tramwajowej, lecz Edek Partyzant..(..)

W zasadzie nie należała do dziwaków; była jedną z najbardziej charakterystycznych postaci krakowskiego Zwierzyńca. W czasach, kiedy powszechnie panowały jesionki w jodełkę, przepasane byle paskami, szare „kanadyjki” z podgumowanego brezentu, malutkie bereciki i skórzane pilotki, ona zadawała szyku futrem, starannym makijażem, nienaganną fryzurą. Kiedy szła ulicą Komorowskiego, wzdłuż czworaków, rozsiewających szambową woń, przez plac Na Stawach, pełen koni, wozów, zgiełku, zapachu jabłek, siana i końskiego nawozu, wydawała się przybyszem z innej epoki. Towarzyszyły jej zadbane psy, otaczał szacunek. Zwierzynieccy cwaniacy, łaziory, piwożłopy, bezrobotni kręcący się przy targowisku, czapkowali uniżenia. Była królową kilku ulic, osobą powszechnie znaną i nie wiadomo, czym sobie zasłużyła na tak wielki
szacunek, na estymę, jak ją darzono. Czy zawdzięczała to swemu sposobowi życia, czy też profesji… Któż to wie! Na Zwierzyńcu nie mówiono o niej inaczej jak „wróżka”. Sama nie lubiła tego określenia, mówiła, że jest jasnowidzącą, chiromantką, że zajmuje się grafologią. Wszystkie te specjalności były starannie wypisane na malutkim, białym szyldzie wiszącym na murze kamienicy, w której mieszkała przy ulicy Kościuszki. I nie wiadomo, czy szyldzik został wywieszony nielegalnie, czy też ówczesne władze pozwalały na świadczenie tego rodzaju usług dla ludności…
Nazywała się Gizella Winiarska, a zwano ją – przynajmniej w kręgu znajomych – Gizią. Chlubiła się nie tylko swymi nadprzyrodzonymi zdolnościami, ale także zamiłowaniem do nowoczesności – jeszcze przed wojną prowadziła sportowy samochód, a nawet uczestniczyła w samochodowych
rajdach dla pań. Podobno widziała przyszłość. Ktoś z moich znajomych, znany pisarz i sceptyk, był świadkiem wieszczby, która sprawdziła się szybko i krwawo. Pod koniec 1970 roku Gizia wpadła w trans, który najwyraźniej ją przestraszył. Nie chciała wiele mówić, oświadczyła tylko: „Widziałam Gomułkę w krwawej poświacie”, po czym wyciągnęła pieniądze i kazała skoczyć do sklepu monopolowego. Bo pani Gizia, jasnowidząca i grafologini, jak każdy normalny mieszkaniec Zwierzyńca, od czasu do czasu pijała na frasunek kieliszek czegoś mocniejszego…
Ostatni raz widziałem ją pod koniec 1980 roku. Leżała w czyściutkiej pościeli, z nogą w gipsie, świadoma zbliżającej się śmierci. Ciemne mieszkanie pełne było świętych obrazów i sztucznych kwiatów. W kwiatach buszowały koty. Zmarszczki pani Gizi krył gruby makijaż, ale oczy – czarne, inteligentne – pozostały młode. Nie przewidziała stanu wojennego, a może nie chciała o nim mówić. Powiedziała kilka słów, takich, jakie mówi się dziennikarzowi – że jeżeli będziemy razem, zaufamy Chrystusowi, wszystko skończy się dobrze. Wkrótce umarła.”


Moja nowa pasja

To oczywiście strona Salwator – Zwierzyniec, którą prowadzę na Facebook. Docelowo ma powstać portal z forum.

Fascynują mnie stare zdjęcia –  niektórzy bezbłędnie odgadują co przedstawiają! –  i porównywanie ich z dniem dzisiejszym.

Fascynują mnie wspomnienia, które znajduje w internecie lub które przysyłają mieszkańcy  tej dzielnicy.

Salwator Zwierzyniec

12479_452773238131967_1762450993_n541893_452773084798649_217308866_n

12 kwietnia:

    • Lubiących (ogółem)?

    • Znajomi fanów

    • Osoby, które o tym mówią?

    • Całkowity zasięg – tygodniowo?

      7.82578,12%

Fotografie sprzed lat

(na zdjęciu moja mama. Fot. Wiesław Dymny)

Kraków w latach sześćdziesiątych  był salonem, ograniczającym się do Rynku, Plant  i przylegających doń uliczek , w którym spotykali się pisarze, poeci, jazzmani, plastycy i wszelkiej maści artyści. Dziś to miasto powoli umiera pod natłokiem turystów , knajp i pamiątek made In China – mówi Roma Ligocka, pisarka i malarka. A jednak po 30 latach mieszkania w Niemczech wróciła do rodzinnego miasta i kupiła tu mieszkanie w starej kamienicy, na poddaszu. Bo mimo fali turystów zadeptujących nasze miasto, Kraków wciąż ma w sobie magię.

Fotografie krakowskie Romy Ligockiej

Pochodzi z żydowskiej rodziny Abrahamerów, którzy od wielu pokoleń mieszkali w Krakowie.

– Ta ze strony ojca była potomkami włoskich Żydów, którzy jeszcze  za króla Kazimierza  Wielkiego budowali Kraków. Zajmowali się rzemiosłem i ich potomkowie wciąż tu mieszkają. A rodzina ze strony matki, czyli Abrahamerów była zamożna; byli w niej lekarze i adwokaci, zaś dziadek i ojciec mieli młyny i piekarnie. Była to głównie rodzina młynarzy i piekarzy krakowskich.

Żydzi mogli wykonywać tylko niektóre zawody, na ogół więc byli adwokatami lub  rzemieślnikami. Ale mój wujek, brat mojej babci, został oficerem w wojsku cesarza Franciszka Józefa. Był sławnym w rodzinie „wujkiem Józkiem, ułanem”, który jako że lubił hulanki i kobiety, galopował konno po Rynku Krakowskim o różnych porach dnia i nocy

Wspomnienia Romy układają się w czarno – białe fotografie. I te z dzieciństwa, kiedy z matką chodziła na zakupy na Kleparz i te z czasów studiów na ASP, gdy wśród krakowskiej bohemy nazywano ją „polską Saganką”.

– Lata 50-te i 60-te….To były rzeczywiście dziwne czasy, kiedy w jednym miejscu spotkali się ludzie, którzy dziś pewnie studiowaliby w Oksfordzie albo na Harvardzie. A wtedy w Krakowie byli wszyscy. I Kantor i Zbyszek Cybulski, który przyjeżdżał kiedy tylko mógł  i Marek Hłasko, którego spotkałam kiedyś, na rogu Rynku i Szczepańskiej. Zagadnął mnie, jak dojść do Związku  Literatów, wyjaśniłam, mówiąc :”tędy, mistrzu”, a on zdziwiony spytał; „To pani mnie zna?”

Kraków przyciągał ludzi, zwłaszcza tych, którzy nie mogli wyjechać za granicę. Na Rynku każdego dnia można było spotkać każdego. I mimo, że nie wszyscy się znali, każdy z każdym rozmawiał. Pani Szymborska szła na spacer, Piotr  Skrzynecki zmierzał do jednej z kawiarni, których było niewiele, ale pękały w szwach…

W „Warszawiance” spotykali się nasi profesorowie z ASP, z polonistyki, poeci, dziennikarze, malarze, a my dziewczyny miałyśmy tam, na wariackich papierach wstęp zawsze: wystarczyło mieć buty na szpilkach i spódniczkę na halce. Królowała tam dziewczyna o najpiękniejszych nogach w Krakowie, czyli Dorota Terakowska. Krążyła wtedy w mieście anegdota o idealnej dziewczynie: otóż miała ona mieć nogi Dorotki, moją twarz i inteligencję dziewczyny, której nie pamiętam. Ale pamiętam, że się wściekałam, bo wolałam, by była to moja inteligencja zamiast twarzy.

Inna fotografia to, oczywiście Piwnica pod Baranami.

– Byłam przypadkiem na jednym z pierwszych spotkań w Piwnicy. Szłam wtedy z koleżanką przez Rynek i spotkałyśmy Piotra, który  powiedział: „Chodźcie ze mną dziewczyny, coś się dzieje”. Piotr był wtedy historykiem sztuki, Piwnica nie istniała nawet w pomysłach.  „Odkryliśmy że w Pałacu pod Baranami jest taka piwnica i my tam możemy coś zrobić, jakiś wieczorek artystyczny”, wyjaśnił.

Poszłyśmy tam wieczorem. Chłopcy jakimś cudem ściągnęli na dół pianino, zapaliło się świeczki, Kika Lelicińska, Joanna Olczak, Janka Garycka, ja, kilku kolegów….każdy coś zaśpiewał, wyrecytował, i był to pierwszy w dziejach wieczór „piwniczny”.

Kawiarni było niewiele, poza „Warszawianką”  istniała „Lily”, gdzie wiadomo było, że cudzy mężowie spotykają się z cudzymi żonami. W kawiarniach nie grała muzyka, ludzie więc głównie rozmawiali. Nie trzeba było przekrzykiwać muzyki.

Były jazz kluby, „Jaszczury”, gdzie chadzała głównie młodzież i gdzie Wiesiek Dymny założył swój kabaret „Remiza” w którym występowały prawdziwe girlsy i Jazz Klub „Helikon”, do którego przychodzili i zjeżdżali słynni jazzmani z całej Polski. No i oczywiście klub nocny „Feniks”, otwarty do czwartej rano, gdzie prostytutki mieszały się z szemranymi biznesmenami i artystami a pod „Feniksem” stała milicja i legitymowała wychodzących. Mój późniejszy mąż chodził sobie pod „Feniksem” tyłem, bo taki miał kaprys, za co dostał 30 zł mandatu. Byliśmy pod stałą kontrolą władzy, ale śmialiśmy się z tego.

Innym ważnym miejscem były Planty:  rodzaj kawiarni – salonu. Każdy, jak na przykład Piotr, miał swoją ławkę, którą się odwiedzało. Tam czytało się książki i dyskutowało. Na Plantach właśnie udzieliłam swojego pierwszego wywiadu do prasy. Miałam wtedy niewiele ponad 17 lat. Spytano mnie co sądzę o małżeństwie. Powiedziałam, że to świetna instytucja pod warunkiem, że jest ograniczona do dziesięciu lat.

Były też uczelnie. Moja Akademia Sztuk Pięknych, gdzie z dziewczynami wdrapywałyśmy się  na kopułę, co groziło śmiercią lub kalectwem, by palić papierosy. Zupełnie nas nie obchodziło, ze nie ma tam nawet poręczy!

Na Łobzowskiej w Domu Plastyka odbywały się bale, zawsze przebierane, od czasu do czasu występował tam Teatr Kantora. Wszystko to było szalenie prawdziwe, autentyczne, niekomercyjne. Nikt nie występował za pieniądze.

Byliśmy generacją nie zainteresowaną pieniądzem. Wszystko robiło się z pasji i dla przyjemności. Tak właśnie powstała Piwnica pod Baranami, Jazz Klub Helikon, Zaduszki Jazzowe w Krzysztoforach gdzie przez trzy noce grali najsławniejsi jazzmani polscy i zagraniczni, nawet nie myśląc o honorarium. Wstęp oczywiście też był wolny.

Spotykaliśmy się też w kościołach. Z Piotrem chodziliśmy do Kościoła Mariackiego na Rynku, siadaliśmy w ławeczce, piliśmy wódkę „Siwuchę”, która trochę przypominała koniak i dyskutowaliśmy.

Gdy powstała Piwnica to wreszcie można było gdzieś siedzieć i po prostu gadać do późna. A mieliśmy straszną potrzebę rozmawiania.

Do Polski docierała francuska i amerykańska literatura, moda na egzystencjalizm, czarne swetry i rajstopy, fryzury na Juliette Greco lub Francois Sagan.  Romę nazywano „polską Saganką”. Gdy szła przez Rynek z rozpuszczonymi, długimi włosami, podążał za nią zawsze sznurek zachwyconych mężczyzn.

– Nie było tej dzisiejszej dzikiej stonki turystów, wiec można było spotkać się o każdej dowolnej porze. Wystarczyło wyjść na Rynek – opowiada Roma – Co kilka minut szedł ktoś znajomy, wymieniało się parę uwag, szło dalej i tak do wieczora. Kraków był naszym salonem. Pamiętam jak spotkałam Piotra Skrzyneckiego pod Wierzynkiem, usiedliśmy może na pięć minut i on nagle, ni w pięć ni w dziewięć powiedział: „Słuchaj jeżeli naprawdę kochasz jakiegoś mężczyznę, to nie miej z nim dziecka, bo to zabija miłość”. I poszedł. Potem spotkałam krakowskiego poetę, a on mówi: „Słuchaj czy ty wiesz, co to jest śmieszny i straszny?” Gdy pokręciłam przecząco głową, wyjaśnił: „Kochać się z tygrysem”. I też poszedł. Ta anegdota krążyła potem po całym mieście. Kawałek dalej szedł kompletnie pijany pisarz, który wygłaszał teorie na temat polskości, najczęściej do młodych i ładnych dziewczyn. I na tym to polegało, przypominało wielką prywatkę a może „Wesele” Wyspiańskiego?

Naszymi prawdziwymi uniwersytetami były rozmowy z ludźmi, którzy czytali w oryginale Trumana Capota’e, Faulknera, Satre’a. A ludzi, którzy znali języki było niewielu. Podobnie jak książek. Jak jeden przeczytał, opowiadał drugiemu, ten trzeciemu i tak rozchodziły się te książki w mówionej balladzie. Nie kurzyły się na półkach, tylko przechodziły z rąk do rąk. Pamiętam  jak do Krakowa dotarła książka „Pod wulkanem” Malcolma Lowry. Były może ze trzy egzemplarze, zaczytane niemal na śmierć, potargane, poplamione ale  traktowane jak świętość.

Kiedy w 1958 roku pojechałam do Paryża, wracając znalazłam w walizce książki, o których nie miałam pojęcia, po prostu znajomi nic nie mówiąc włożyli mi je do torby,  i w ten sposób przemyciłam do Krakowa powieści Orwella i  Miłosza, a  ludzie uczyli się ich po prostu na pamięć.

W Krakowie   znikają nie tylko te magiczne miejsca ale i sklepy: sklep spożywczy pani Klingowej, gdzie kupowało się ogórki kiszone, jajka i landrynki. Dziś jest tam sklep z pamiątkami z Krakowa made In China. W Krakowie panowały ścisłe reguły, gdzie się kupuje a gdzie nie. Czekoladki kupowało się tylko od Kuryłły, a zegarki u Płonki i nigdzie indziej, prawdziwe tissoty. Ciastka na Jagiellońskiej u Pietruszki i nigdzie indziej. Kiedy dziś patrzę na Delikatesy w Rynku, gdzie można kupić jedzenie z całego świata, to sobie myślę, że kiedyś te maleńkie sklepiki były oknem na świat.

Niedawno odwiedził mnie znajomy z Niemiec i był wstrząśnięty, kiedy pokazałam mu sklepik na Szpitalnej, w którym starszy pan naprawia wieczne pióra. Pan ma 83 lata i w tym sklepie moi rodzice naprawiali pióra. A obok był sklep z repasacją pończoch.

Takie miasta jak Kraków czy Werona powoli przestają być miastami do życia, stając się  miejscami do zwiedzania, w których coraz trudniej żyć i oddychać. Mieszkańcy  Krakowa usuwają się na peryferie, bo w centrum z trudem można kupić patelnię, czy jabłko, za to pamiątki wszędzie.

Ale wtedy całe ulice Szpitalną, Tomasza i Krzyża zapełniały antykwariaty należące do Żydów, którzy przeżyli i zaczęli spowrotem tam, gdzie się wszystko urwało. Ale przyszedł rok 1968 i wszystkich ich wygnano a antykwariaty zniknęły.

Na Szczepańskiej, obok Rynku był zastępujący kino,  fotoplastykon, gdzie przy muzyce oglądało się w kabinach, w takiej jakby lornetce kręcące się obrazki, np.: „Wycieczka na pustynie”. Było tam sennie i magicznie. Tam spędzałam wagary, podobnie jak w Jamie Michalikowej, która wówczas nie była odnowiona, tylko dokładnie taka jak za Młodej Polski: brudna, ciemna, zniszczone kanapy…

Ważnym miejscem był Kleparz. Wtedy nie było bazarów, lecz place. I na Kleparz szło się kupić  kury ledwie opierzone, warzywa, sery, jajka, mleko. Ale nie tak jak dziś. Moja mama ze sprzedawczynią najpierw długo rozmawiała: skąd pochodzi, a jaki ten ser, a z czego….Kosztowała różnych i decydowała. Z mięsem były kłopoty, więc po placu chodziły takie „baby”, które nosiły je na piersi. Szeptały półgłosem: „mięsko, mięsko”. Stawały przed nami, rozchylały płaszcz i pokazywały zamiast biustu krwawą cielęcinę. Na Kleparzu przed wojną kupowało się…służące. Przyjeżdżały tam dziewczyny ze wsi i krakowskie panie rozmawiały z nimi, wypytywały i zabierały do domu. Taka dziewczyna zostawała nieraz  w jednym domu na wiele lat albo i na całe życie, jak nasza Marynia.

W latach 60-tych niesłychanie istotnym miejscem była tandeta. I komisy. W sklepach wisiały jedynie jakieś koszmarne szare ubiory i skarpetki w paski, w które ubierali się krakowianie. A tandeta była jak wielki szmateks, gdzie na płachtach na ziemi leżały rozłożone przywiezione z zagranicy kolorowe ciuchy. To było prawdziwe polowanie. Na tandecie  spotykało się dziewczyny z bohemy ale i bogate eleganckie krakowianki. W komisach z kolei były piękne ciuchy w jednym rozmiarze i kupowało się spodniczkę za małą lub za dużą, którą potem przerabiało się w domu. Taki ciuch to była wielka zdobycz! Nigdy nie zapomnę jak ówczesna sławna aktorka krakowska kupiła buty w komisie, szpilki piętnastocentymetrowe, po czym jeden od razu zgubiła i przybiegła spowrotem płacząc. Była to prawdziwa, autentyczna rozpacz. Niestety, oczywiście drugiej takiej pary już nie było.

Tu nie chodziło  tylko o kupienia butów czy spódniczki, to był styl życia. Ponieważ wszystko było  szare, wstrętne i nieciekawe, każda zdobyczna rzecz niesłychanie ubarwiała życie.  Kraków w sposób naturalny dzielił się na „onych”, tych szarych, smutnych, i nas, tych kolorowych, pięknych i utalentowanych. To dawało, mimo szalejącej komuny, poczucie wolności i braku przynależności do „onych”. Gardziliśmy nimi , mijali nas na ulicy, ale należeli do innego świata.

Na Rynku ludzie mieszkali, Rysiu Horowitz miał piękne mieszkanie , w którym ćwiczył na pianinie. Były tu pracownie malarzy, zimne, nieogrzane, ale fascynujące. W tych samych mieszkaniach żyli pradziadkowie, potem ich dzieci i wnuki.

Ale w latach 50-tych przenieśli się do Krakowa tzw. „bz”, „bezzeci”, czyli ludzie bez ziemi, najczęściej arystokraci wyrzuceni ze swoich dworków i majątków. Musieli gdzieś mieszkać i zajmowali te mieszkania przy Rynku, które w efekcie dzieliło się na kilka niezależnych od siebie pokoi. Hrabina Czartoryska uczyła francuskiego, między innymi mnie, żeby mieć z czego żyć.

Dziś większość tych mieszkań to biura.

W drugiej połowie lat 60-tych wyjechałam za granicę i wróciłam po 30 latach. Miasto zrobiło na mnie ponure wrażenie, było zadymione, zakurzone, niemal czarne, gdzieś zniknęli znajomi, sklepiki i „nasz salon”.


%d bloggers like this: